I oto nadszedł (nadszedł? Raczej przybiegł!) ten dzień, na myśl którego włączała mi się i ciekawość i…strach.
O zgrozo.
Co to będzie? Co to będzie?

Ciekawość bo stopa Stanisława mnie intryguje: jak ona wygląda, czy jest już prosta i czy da się ją spokojnie manipulować? Czy da się ją zgiąć grzbietowo i ile?
A strach…bo poprzednie doświadczenie z szyną było złe: źle dobrana szyna, pobudki co chwilę, frustracja moja i Stasia i wszystkich dookoła.
Ale… pocieszam się że to było kiedyś. Że teraz będzie lepiej. Bo jest inaczej.

4 PAŹDZIERNIKA dotarliśmy do szpitala zdjąć gips, z którego Stach już wyrósł co widać po wystających palcach i sporej odległości gipsu od pachwiny.

mały-gips
Doszliśmy do Ambulanz, pod gipsownię a tam… młynek!
Nasz ulubiony gipsiarz był dosłownie wszędzie. Ale widząc Stasia, uśmiechnął się całą szerokością buzi i krzyknął: „Stanislaw!”. Sprawnie i szybko zdjął nam gips, w trakcie jego zdejmowania tłumacząc praktykantowi co, jak, dlaczego i po co.
Pokazała nam się stasiowa stopa. Inna. Nawet bardzo inna od tej, którą pamiętaliśmy jeszcze prawie 10 tygodni temu.
Szybko czmychnęliśmy z gipsowni, by móc pozachwycać się clubfootem. Poszliśmy wykąpać towarzysza, bo zdecydowanie tego wymagał. Frajdy z kąpieli było co nie miara. Ogarnęliśmy Stasienieńka i usiedliśmy grzecznie pod gabinetem, czekając na Dr Radlera który też był… wszędzie i nie jednokrotnie mignął nam to tu, to tam….taki latający…Austriak (bo nie Holender 😉 ).
Oczywiście nadal zachwycaliśmy się klumpfussem, którego metamorfoza nas powaliła na kolana i spowodowała, że miałam ochotę złapać tego Doktora i wyściskać że nam Staśka naprawił.

Na Stasia czekały nowe buty. Nówki sztuki nieśmigane Świeżutka dostawa z C-Pro Direct. Ponieważ poprzednie buty zrobiły się za małe, toteż zamówiliśmy nieco większe (w rezultacie okazało się że…dużo większe).
Na Stasia czekała też nowa szyna: już nie Dobbsa a Mitchella. Small. Lekka, stalowoproszkowana, bez udziwnień. Ot…. zwykła, prosta szyna.

Czekaliśmy. Rzeczywiście w tej części Ambulanz panował dziś młynek. Bardzo dużo pacjentów. W tym nowych klumpfussów do gipsowania. Nasz syn wśród nich to był weteran 😛

Tym razem sobie…..poczekaliśmy solidnie.
Dopiero ok.13:00 Dr Radler z impetem wbiegł wręcz do Stillraum, zipiąc i baaaardzo przepraszając za taki stan rzeczy.
– Szalony dzień dziś?
– Codziennie… – odpowiedział.
Co chwilę ktoś go szukał, ktoś zaglądał, ktoś dzwonił stacjonarnym, szpitalnym telefonem.
W końcu, po chwili upierdliwego dryndania, Dr Radler oddał telefon Staśkowi, nawet nie próbując go odebrać.
Telefonem zajął się Stanisław, naciskając wszystkie przyciski i przykładając do ucha: „Ałoooooo!”
Gdybym miał taką sekretarkę jak ty, miałbym więcej spokoju. – powiedział i zaczął się śmiać.
Nasze nówka-sztuki buty (rozmiar 4) okazały się dużo za duże. To nie jest dobre: stopa nie jest dobrze trzymana przez buty. Hmmm…lepsze byłyby 3, choćby jeden but: na klumpfussa. Dr Radler podrapał się po głowie, zmarszczył brew jednocześnie przymykając oko i…wyfrunął: „Poczekajcie!”
O ile szyna była „excellent” to z butami przesadziliśmy…i to grubo. Nic to: będą „na potem”.

Drzwi otworzyły się z impetem i wyparował Dr Radler: „Znalazłem 3!”
Oooouuuułłłłaaaaaałłłłł…
Zainstalował nam but na stopie, robiąc przy tym instruktaż jak perfekcyjnie go założyć, by nie było wątpliwości. Na drugą stopę również wydział ciżemkę, pstryknął szynę i mówi:

Stanisław, ale masz snowboard.

Nie zrobiło to na Stanisławie żadnego wrażenia, za bardzo był zajęty…. psuciem długopisu, który zafikał Dr Radlerowi w trakcie wcześniejszego zjadania telefonu.
Dostaliśmy wskazówki: co, jak, po co, dlaczego i dlaczego nie…
Odezwijcie się koniecznie za parę dni: napiszcie albo zadzwońcie. Jak tylko będzie się coś działo, to natychmiast dzwońcie!!! Nawet w nocy. – Doktor chciał już biec.
Dr Radler…. – zaczął Paweł – bardzo Ci dziękujemy za Twoją pomoc…
Chyba słowa mu ugrzęzły gdzieś w gardle, ale mina powiedziała Doktorowi wszystko.
Zawilgotniały mi oczy.
Doktor uśmiechnął się tylko: „nie ma sprawy”, pogilgotał Stasia, poczohrał po włosach, przybił ‚piątkę’, uścisnął nam rękę i…pobiegł do swoich małych pacjentów.

Pomimo ogromnej wdzięczności, zrobiło mi się jednak trochę smutno…

„A więc….. żegnaj Speising. Wszyscy bardzo cię polubiliśmy. Byliśmy tu co tydzień, jeżdżąc te 700 km w jedną stronę.”

Popatrzyłam na długie korytarze Ambulanz, którymi się pałętaliśmy z marudnym Stasiem, próbując go czymś zająć. Na pokój do kąpania, do przewijania, karmienia. I na tych ludzi dookoła: krzątających się przy małych klupfussach pielęgniarki, pana gipsiarza z uśmiechem od ucha do ucha, Dr Radlera który biegał to tu to tam… oni wszyscy stali się dla nas rodziną. Stali się ważni.

„Żegnaj Speising. Będziemy tęsknić. Choć…nie chcemy już tu wracać. Żeby wszystko było dobrze…”

Popatrzyłam też na te wszystkie małe dzieci na początku swojej klumpfussowej drogi, zatroskane twarze rodziców…. i chciałam im powiedzieć: „jesteście w najlepszych rękach!” ale…. głos nawet mi się łamał wewnątrz.
Paweł poszedł do rejestracji by jeszcze wziąć potwierdzenie za poprzednią płatność, a my czekaliśmy grzecznie.
Staś w świeżo zamontowanym „snowboardzie” nie protestował. Ba! Nawet w nim wstawał na krześle. Trochę mu może przeszkadzało że ma złączone nogi, ale w mig się zaadaptował.

„No to…..w drogę! Teraz wszystko zależy od nas!”
Pożegnaliśmy Speising.
Hop! do auta…….

Podróż minęła nam….. szybko. Staś chciał zjeść pasek w bucie. Szyna mu nie przeszkadzała w niczym. Spał. Bawił się. Spał. Bawił się. I tak naprzemian.

spi

W ten oto sposób dotraliśmy do McDonald’s w Częstochowie: tu był pierwszy przystanek. I ostatni.
Stach dostał balona, którym pukał sobie w buciki… i taki to początek stosowania szyny.
A jak będzie dalej?
Wstąpił we mnie jakiś optymizm…
„Będzie dobrze! Będzie dobrze!”