na haju

Będzie dziś baaaaaardzo długo. Kto dotrze do końca, ten naprawdę dzielny 🙂
I oto nadeszła wiekopomna chwila: dzień tenotomii.
Ale zanim to…to była chwila obawy.

W poniedziałek Staś dostał gorączki. Oscylowała w granicach 38-39.5° C i po podaniu leków przeciwgorączkowych nieco przygasała. No i co teraz?
Podejrzenie padło na wyrzynające się zęby dolne (dwójki idą parami): Staś wszystko brał do buzi a ślina leciała hektolitrami.Jednak rozważaliśmy inne opcje: rozwijająca się infekcja albo…trzydniówka.
O naszych wątpliwościach napisaliśmy do Dr Radlera: co mamy robić? Jechać planowo czy przekładamy?
Odpowiedź przyszła po dwóch godzinach.
Przyjeżdżać planowo. Ichni pediatra zbada Stasia i jeśli coś będzie nie tak, to po prostu założą nowy gips i ustalimy nową datę zabiegu.
Kopara opada mi za każdym razem.
Można mieć podejście. I być dla człowieka.
Zatem…w środę ruszamy, we czwartek zabieg.

KLOSTERNEUBURG
Podróże (te małe i duże) mijają nam coraz szybciej. Chyba się przyzwyczailiśmy a i Staś już nie jest taki nerwowy (on jest ciężki kompan wypraw). Jadąc w środę, mieliśmy wrażenie, że to nie prawie 8 godzin jazdy, a max. dwie.
Po drodze, przed Wiedniem, zboczyliśmy do Klosterneunburg-zespół klasztorny, bardzo zadbany, dobrze zaopatrzony multimedialnie i turystycznie. Mucha nie siada. A stamtąd do hotelu.

Stift Kloster Neuburg
Stift Klosterneuburg
Stift Kloster Neuburg
Stift Klosterneuburg

ODDZIAŁ

Rano Stach obudził się w dobrym humorze. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy do szpitala. Na miejscu zarejestrowaliśmy clubfoota i skierowano nas na oddział.

W oddziałowej rejestracji wręczono nam stertę papierów: od „meldunkowych” na oddział przez historię leczenia Stasia do Anästhesie.
Jak to powypełniać?
Rety!
Krzątająca się po oddziale pielęgniarka, zapytała czy my ze Słowenii?
Nie, my Polacy.
„Polaki, Polaki.”-powiedziała po słoweńsku z miłym uśmiechem na twarzy.
Nagle podeszła do nas jakaś Pani Doktor z pytaniem…czy pomóc nam wypełnić dokumenty? I zaprosiła nas do swojego gabinetu.
W bardzo miłej atmosferze wypełniliśmy plik papierów i wskazała nam miejsce w którym mamy poczekać na wskazanie pokoju.
Po niespełna 5 min czekania, „słoweńska” pielęgniarka zgarnęła nas z korytarza i zaprowadziła do sali.
Delfinek. To nasz przybytek.

Sala duża. W niej szafki na ubrania przy wejściu, osobno wyposażona łazienka z udogodnieniami, WC, dwa łóżka: dorosłe łóżko pacjenta i małe-dla Stasia. Dodatkowo dwa schowane w szafce łóżka dla rodziców.
Sala przestronna. Jest czym oddychać. Przypadła nam w udziale od strony parkingu, czyli nad wejściem głównym do szpitala.

Pielęgniarka przyniosła nam dokumenty medyczne Stasia…w 3 osobnych teczkach, opaskę na łapkę, kartę menu obiadowego i instrukcję co po kolei robić.
Zapytała jaki rozmiar pieluch nosi Staś. I poszła.
Przyszła po niedługim czasie i przyniosła stosik Pampersów i paczkę chusteczek nawilżających dla dzieci.
Ale że co? Że za darmo? Na jaha!
Free. Dla Stasia.

No to zaczynamy podróż po pokojach:
CZAS START!

1. Najpierw Kinderartzt. Pediatra. Pan. Zbadał Stasia, wypytał o choroby, szczepionki, o tę temperaturę co miał, zajrzał do buziaka-dziąsła rozpulchnione, zęby idą, gardło czyste.
Dopuszczenie pierwsze.

2. Next… zdjęcie gipsu. Gdzie?
Tam gdzie zawsze.
Akurat zdjęcie gipsu było… drogą pod górę, bo zdejmował starszy Pan, który sobie nie bardzo mógł poradzić i przy okazji uszczypnął Staśka w udo i przy zdejmowaniu…obtarł lekko podudzie.
Tu zonk tym razem.
Ale… dopuszczenie drugie.

3. Next…Anästhesie czyli wywiad anestezjologiczny. W Austrii tenotomię robią w znieczuleniu ogólnym.
Czekając na wywiad anestezjologiczny, spotkaliśmy naszego „gipsowego przyjaciela” Pana Baci i odnalazła nas nasza „słoweńska” pielęgniarka. Czekała z nami pod drzwiami.
W końcu weszliśmy.
Mnóstwo pytań o przebieg ciąży, leki w ciąży, sam poród, leki po porodzie dla Stasia i dla mamy, szczepienia, operacje, pobyty w szpitalu, o to kiedy dziecko jadło (u takiego Stacha znieczulenie ogólne wymaga bycia na czczo przynajmniej 4 h przed zabiegiem).
Pytanie o zabiegi, a raczej nasza odpowiedź na nie wprawiło cały niemalże pokój osłupienie…
A (Artzt): Czy dziecko miało zabiegi?
My: Tak. Tenotomię w kwietniu.
A: Jak dziecko zniosło znieczulenie ogólne?
My: Nie miało znieczulenia ogólnego.
A(mina zdziwiona): U nas bardzo często robią w znieczuleniu ogólnym…
My: My leczyliśmy się w Polsce. Tam mieliśmy znieczulenie miejscowe.
A: Jakie?
My: Krem Emla.
A: I co jeszcze?
My: I to wszystko.
A: (cisza, zdziwienie, stop-klatka, slow motion w całym pokoju). Ale…jak to? Przecież dziecko się kręci bardzo. To boli. Jak można zrobić poprawną korekcję?
My: (mina odpowiednia)
A: Aha. To ok.
I dalsza część pytań…
Dopuszczenie trzecie.

Pielęgniarka nasza zabrała dokumenty w trzech teczkach i wróciliśmy na oddział.
Było około 10:00.
Staś był bardzo marudny. Głodny, bo jadł o 7:00 rano. Głód nie pozwalał mu zasnąć.
Pielęgniarka przyniosła nam pidżamkę dla niego. Gdy go przebraliśmy, wyglądał jak porcelanowa laleczka, bo pidżamka była sukienkowa: wiązana z tyłu.
I „spokojnie” czekaliśmy.

Poinformowano nas, że o 11:00 Staś będzie miał tenotomię. „To jeszcze godzina”-pomyśleliśmy. Krążąc po sali z marudnym Stasiem rozmawialiśmy o różnych rzeczach.
W końcu weszła nasza pielęgniarka z kremem Emla i plastrami. Posmarowała wierzch dłoni Stasia, by podczas wkłucia wenflonu nie bolało. Po chwili wróciła ze strzykawką wypełnioną różowym płynem.
– To jest syrop na uspokojenie, by na sali operacyjnej łatwiej było założyć wenflon i znieczulenie. To go nie będzie bolało. Czy on to wypije?
Potwierdziliśmy. Staś chlipnął syropek jednym łykiem.
Była 10:50.

W DRODZE
Pięć minut później byliśmy w drodze na salę operacyjną. Szłam a w mojej głowie autostrada. Stanął mi przed oczami oddział w X. a cała tamta historia kawałek po kawałku odbijała się stop-klatkami.
Szłam z moim małym Stasiem. Z moim małym Stasiem. Małym Stasiem.
Jedynie (a może nie jedynie) co odróżniało tę drogę o tamtej to fakt, że jesteśmy gdzie indziej,w bardzo komfortowych warunkach, w naprawdę dobrych rękach i naprawdę dobrze zaopiekowani. To mnie bardzo uspokajało.

Weszliśmy do sali przed salami operacyjnymi. Przywitał nas anestezjolog. Rozmawiał z nami o zabiegu: że sam zabieg trwa 10 min ale to „przed” i to „po” trwa dłużej i to jest normalne, żeby się nie denerwować. Jak tylko Staś przejedzie po zabiegu na OiOM to nas wpuszczą. Że Dr Radler już idzie. I że on wie co robi.
Staś przelewał mi się przez ręce. Był rozkosznie wesoły i nieprzytomny. Pomyślałam o wszystkich dzieciach szczepionych, u których wystąpiło powikłanie neurologiczne i brak kontaktu. Wtedy podjęłam decyzję.
Położyłam Stasia w łóżku, przyszła do nas instrumentariuszka z czerwonym nosem Clowna. I zaczęła wygłupiać się ze Stasiem. Czekaliśmy.
Nagle zadzwonił telefon.
Dr Radler już idzie.
My musimy już wyjść.
Zabrali nam Stasia.
A ja?
Patrzyłam jak biorą moje małe dziecko w duże ramiona, delikatnie i idą w kierunku septycznej sali operacyjnej. A my za wielkie chromowane drzwi.

Czekaliśmy przy wielkich oknach, patrząc na słoneczne podwórko, czytając w informatorze Vinzenz Gruppe o naszm…gipsiarzu i próbując zmienić choć na chwilę myślenie, choć i tak każde z nas myślało o tym samym: jak nasz Staś? Czy uda się uzyskać zgięcie grzbietowe i jak duże? Jak będzie wyglądała stopa za miesiąc i jak on stanie na tej stopie? Czy trzeba będzie powtarzać ten zabieg? A jak będzie jak dostanie szynę?

Minuty wlokły się jak godziny. W końcu do windy obok krzeseł przybiegł szybko „nasz” gipsiarz. Serdecznie się uśmiechnął.
„Wszystko dobrze. Tym razem gips jest czerwony!” – krzyknął. Znów się uśmiechnął całą szerokością buzi. I pobiegł do windy.
Czekaliśmy.
Nagle przybiegł Dr Radler w zielonkawym fartuchu z czapeczką na głowie. I zaczął mówić po niemiecku (w tempie allegretto. Chyba się zapomniał 🙂 ):
– Wszystko udało się bardzo dobrze. Staś był dzielny bardzo. Wszystko z nim ok. Udało się uzyskać 10 stopni zgięcia. To jest naprawdę bardzo dużo jak na taką twardą stopę. Hm (myśli, myśli) możemy zobaczyć się 4.10?
– Jasne! – rzekł Mąż.
– To fantastycznie. (zapisał od razu w kalendarzu w telefonie)
Chyba musiałam wyglądać dość… oryginalnie, gdyż spojrzał na mnie, położył mi rękę na ramieniu i z uśmiechem powiedział:
– Jest dobrze. Naprawdę. Wszystko się udało. Staś jest bardzo dzielny.
Kazał nam dzwonić jak tylko coś będzie nie tak. Natychmiast dzwonić!
Uścisnął nam dłonie i pobiegł dalej.

Po chwili wyszła do nas pielęgniarka i zaprosiła nas na OiOM.

Sala duża. Bardzo dobrze (tak myślę) wyposażona. Na sali leżało 3 panów i…nasz malutki Staś.
Leżał nasz Stasieniek w łóżeczku, zamotany w ciepły koc (po narkozie jest bardzo zimno), z wenflonem w stopie i czujką na palcu. Obok leżała maseczka (jak domyśliliśmy się: do podania narkozy wziewnie, bez intubacji).
Stasieniek spał jeszcze „narkotycznie”: można go było klepać, szczypać. Klusek mały.
Czekaliśmy spokojnie aż się zacznie wybudzać. W międzyczasie spadła mu czujka z palca i piszczało.
Przyszedł do nas też anestezjolog.
– Wszystko bardzo dobrze. Staś super zniósł wszystko. Jest bardzo dzielny. Skąd jesteście? Nie pamiętam czy pytałem?
– Z Polski. Z Warszawy.
– Z Warszawy? – zdziwił się bardzo. To bardzo daleko. Ile to kilometrów?
– 700 km.
– To jakieś…8 godzin jazdy?
– Tak. Jedziemy 8 godzin.
– Ciekawe. Nie leczą u was tej wady?
– Leczą, ale…
Tu mina męża chyba powiedziała wszystko, a druga strona dobrze odczytała. I nie zadawała pytań.
Anestezjolog poinformował nas tylko, że od razu dziecko może jeść, pić. Ale że dziś może być lekko osowiały, pomimo, że dawka wziewna dla dzieci jest malutka. Może być też poddenerwowany, bo inaczej stopa w gipsie ustawiona i może pooblewać bo nacięta.
Miło się z nami pożegnał i poszedł.

Staś śpiochał. Chciałam mu poprawić koc więc zaczął się przbudzać. No i tak skutecznie, że się obudził. Z płaczem. Z głodu.
Poinformowano nas, że dziecko można spokojnie, powoli wziąć na ręce i nakarmić. Że nic się nie stanie.
Usiadłam zatem na krześle, Paweł podał mi stasia, wyciągnełam piersiucha z ciepłym mlekiem i…
przyszła do nas pielęgniarka i  zasłoniła nas ekranami.
Cool. I absolutnie mnie to nie zdenerwowało, wręcz przeciwnie: potrzebny był nam spokój do karmienia. Również panowie z łóżek naprzeciwko Stasia mieli komfort psychiczny, że nie muszą czuć skrępowania patrząc na młodą mamę karmiącą malucha. W międzyczasie też wjechał na salę przenośny aparat RTG (pierwszy raz w życiu widziałam jeżdżące RTG). Pani kazała nam siedzieć za ekranami, a sama robiła zdjęcia uda pana, który był świeżo po operacji zespolenia kości udowej.
Staś nie mógł poradzić sobie ze złapaniem piersi, więc się denerwował a karmienie było wyczynem. Żeby go nieco uspokoić, Paweł go nosił w kocyku. Wtedy wypadł wenflon ze stopy i poleciało trochę krwi na spodnie i buty Pawła. Szybko jednak sytuacja została opanowana i Staś „zaklejony został” plasterkiem w misie. Dostał też samolot pluszowy do zabawy.
Opuściliśmy OiOM po ok. 40 minutach. Przyjechał po nas pielęgniarz. Wszyscy nas miło żegnali.
oiom

Trafiliśmy znów do naszej sali. Staś był marudny, jeszcze nie do końca kojarzący, pogmatwany. Przebraliśmy go i czekaliśmy na lekarza, który miał nas odwiedzić po zabiegu. Pielęgniarka przyniosła nam w międzyczasie środki przeciwbólowe z dawkowaniem.

Wypuszczono nas do domu chwilę po 16:00. Oczywiście po drodze było jeszcze wiele ciekawych wątków. Ale to w innych wpisach znajdziecie 🙂