Tulili

Wraz ze startem Clubfoot Polska wystartowało mnóstwo pracy na kilku (realnie: kilkunastu) płaszczyznach, toteż blog nieco zamarł.
Stanisław w międzyczasie zaczął chodzić i skończyła się wolność. Teraz to już nawet biega. I skacze. Jest tak jak miało być. Szkoda że nie od początku…
Okej.
Stasiek ruszył z clubfoota w lutym. Dojście do perfekcji w śmiganiu przed matką zajęło mu niecałe dwa tygodnie.
Skutek: tam gdzie się, człowieku, nie spodziewasz, tam na pewno znajdziesz Staśka.
Ostatnio (10.07.2017) skitrał Wujkowi Krzyśkowi aż tamten musiał za nim gonić po gabinecie w tę i nazad.

No matters.

Martwiła mnie Staśka pięta. Od pewnego czasu zaczynała być szpotawa. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej ubogiej w wiedzę perspektywy. Stopa nadal elastyczna i zgięcie grzbietowe było ok. Do niczego się”cipepić” (jak to nasz starszy syn mawiał). Stopę obciążał prawidłowo. Nogę też.
Nagrałam pierdylion filmów i wysłałam do Wujka Krzysztofa.
„Myślę, że nie masz powodów do obaw. Sprawdzę to dokładnie w lipcu. Śpij spokojnie.”
Jak „śpij” tak śpij. Jak Wujek powie tak jak „amen” w pacierzu.

No ok. W międzyczasie dzieci przechorowały ospę. Najpierw Starszy, potem „Klumpfiś”. Obydwaj w kropkach. Cud, że inne clubfooty nie załapały bakcyla na World Clubfoot Day
Po drodze wyszło jeszcze bardzo wiele ciekawych rzeczy, o których będzie niebawem.

Podróż do Wiednia minęła nam w tempie tak zaskakująco szybkim, że zorientowałam się po słonecznikach pod Poysdorfem, że to… Austria już. Taka sytuacja.
Ponieważ wizytę miały jeszcze Jarząbek  i LoKa, toteż wcześniej ogarnęłyśmy jeden hotel do spania. Przynajmniej wesoło.
Wiedeń powitał nas słońcem i…gigantyczną burzą po chwili. Ściana deszczu była tak potężna, że nie było możliwości przejścia z jednego hotelu („Mamooo, siiikuuu!”) do naszego, docelowego: NOVOTEL HAUPTBAHNHOF WIEN. Pomijam ten drobny fakt, że po ponad 20 minutach szukania do niego dojazdu (no option), Pan Mąż zrezygnował i zaparkował tam, gdzie się dało.
I ziuuuuuuuuuuu: deszcz. A po deszczu: tropiki.
Hotel: nówka sztuka nieśmigana. Otwarty 1.07.2017. Pachniał nowością i designem z półki Gustava Klimta. Wieczorem udało nam się spotkać na dole, dzieci rozrabiały na całego. Polinda z Staśkiem kradli zabawki Dominice, Dominika zjadała ciastka Staśka, które Polinda wcześniej lizała. Ach… dzieci.


Na spotkanie zaprosiliśmy Anetę: to bratnia dusza ze Speising. Pomaga tym naszym „wiedeńskim wojownikom”. Czekaliśmy 1,5 godziny… warto było 🙂
Towarzystwo o 23:30 zawinęło się do pokojów. Dzieci padły na dole na kanapach. Stanisław wpadł w chrapanie przykryty moim szalem. A my z Anetą trajkotałyśmy do 01:30 🙂 A ona na 04:00 do szpitala… Brawo my.

Rano wyruszyliśmy na podbój Alser Strasse. A jakże. My i Ciocia Jarząbek.
Stanisław na miejscu próbował wyjść oknem przy rejestracji, szyna mu to skutecznie uniemożliwiła. Tak się wiercił, kręcił, że Doktor Radler aż się zaciekawił: między pacjentami przygalopował do Stasia, obejrzał z każdej strony jego pięknie dopasowane buty a raczej stopy pięknie wpasowane w „Mitchellowego Laboutina”.
FINE!

Na pierwszy ogień poszła Ciotka Jarząbek z Polindą. Pożyczyłam jej męża, żeby tłumaczył. U Polindy wszystko pięknie, ładnie i wio do przodu.
Nasza kolej…

No tak: na starcie trzeba Wujkowi śmignąć gonimetr z biurka i polizać telefon. Potem pokręcić gałką od szafki i powciskać przyciski sterujące od kozetki. Jak teren zaznaczony, można badać.
Ah… jeszcze ptaka z rękawiczki chcieliśmy zrobić, ale się nie dało. Można było dmuchać i dmuchać…

Wszystko prawidłowo: wszelkie połączenia correct. Dorsiflexion (zgięcie grzbietowe): ok.21-23 stopnie. No a co z tą piętą? No o dziwo prawidłowo: biegając, chodząc, varus (szpotawość pięty) pojawia się sporadycznie, by ustabilizować stopę i złapać balans, bo… mięśnie zewnętrzne są słabsze co widać na przykładzie trzech ostatnich palców (kolejna porcja wiedzy: I like it!). Podczas stania: wszystko jest bardzo poprawnie.  Ścięgno Achillesa pracuje.
Jakby to powiedział jeden z „krajowych specyalystów”, z którym mieliśmy do czynienia: „szyna-szyna, buty-buty”… Także ten. Boots and brace na 14 godzin (noc, drzemki i gratis jeszcze).

Of course…milion pytań do… Dr. Radlera. I na wszystkie odpowiedź. Lubię się uczyć. Serio.
Wizyty dla kolejnych pacjentów. Done!
Widzimy się w grudniu (ooo, będzie Weihnachtsmarkt! No perfekt!).
See you tommorow at hospital…, bo we wtorek nasi pacjenci mieli cudaki w Speising: postanowiłam ich odwiedzić.

W końcu udało się zrobić wspólne zdjęcie z Doktorem… bo jakoś nie mieliśmy 🙂 #radlerselfiechallenge

P.S

Najpiękniejszy moment wizyty?
Staś biegając od Taty do Doktora, rzucił się Doktorowi na szyję i z całej siły przytulił 🙂
Ktoś tu się wzruszył…