Equus caballus
Czasem nasze życie układa się w jakiś taki totalnie nieprzewidziany sposób, który widzimy dopiero po pewnym czasie. Na naszej drodze pojawiają się pewne rozbłyski, niby niepozorne… a jednak.
Equus caballus
Mój dziadek zmarł tydzień po moich urodzinach. Nie znałam go. Moja babcia za to za każdym razem, gdy siadałam do kartki papieru i rysowałam moje ulubione zwierzęta opowiadała mi, że „dziadek ci je przekazał”. Mój dziadek przeżył jeden z obozów koncentracyjnych (Gross-Rosen) tylko dlatego, że znał się na… koniach i miał dostęp do końskiego mleka. To go ocaliło. Od dziecka konie to były moje najukochańsze zwierzęta i to się nie zmieniło. Nadal są.
Pamiętam jak byłam w 2 albo może 3 klasie podstawówki, moja mama kupiła mi „Księgę koni.” – to była święta księga na mojej półce. Znałam wszystkie rasy, umaszczenia, uzdy i kantary, siodła, popręgi i derki.
Mój tata zabrał mnie kiedyś do Łącka koło Płocka. Była tam stadnina koni. Nie mogłam stamtąd wyjść.
Jazda!
Męczyłam tatę, że ja też chcę jeździć konno. I tak go męczyłam, że zapisał mnie do szkółki. Toczki, bryczesy, palcet, praca w stajni. I konie. Świątek, piątek czy niedziela – konie. Swego czasu nawet męczyłam tatę, by kupił mi kucyka. I prawie się zgodził.

Moja babcia za to dostarczała mi wszelkiego rodzaju konie do zabawy, kupując je w sklepach z zabawkami. Miałam więc kucyki, ogiery, persherony i konie angielskie, o maści palomino, nakrapiane i gniade. Kucyki Pony też miałam. Mama zaś uczyła mnie budowy konia, bo… była nauczycielką biologii. Konie rysowałam, wyklejałam, lepiłam z papieru, wycinałam z gazet i godzinami potrafiłam obserwować na łąkach i pastwiskach, każąc zatrzymywać się w drodze do cioci na wieś. Nie było zmiłuj.
Mój własny koń…
Uwielbiam te zwierzaki za inteligencję i intuicję. I za mięciuteńkie chrapy 🙂 Życie się toczyło, lata leciały. Pasja ucichła, miłość została. Nie spodziewałam się, że w 2015 roku będę mieć swojego „konia” tylko szpotawego.
Tydzień temu Stanisław zapytał mnie: „Mamo, a jakie jest twoje ulubione zwierzę?” Bez wielkiego namysłu, pomiędzy myśleniem o tym, co mam jeszcze zrobić tego dnia, nieco zmęczona rzuciłam: koń!
S: Koń?
M: No tak. Koń.
S: To jak… końsko-szpotawa...
Zapadła jakaś taka cisza, która wyrwała mnie z tego pędu pt. „co jeszcze trzeba ogarnąć?” Stanisława wzrok wlepiony we mnie uważnie szukał jakiegoś wyjaśnienia. A jego nie było. Ale stało się coś innego: kolejny puzzel mojej życiowej układanki znalazł miejsce i nastąpiła taka chwila, w której z całą pewnością można rzec: tak miało być! Jestem na właściwym miejscu!
Skąd nazwa „stopa końsko-szpotawa”?
W języku polskim nazwa „stopa końsko-szpotawa” jest dosłownym tłumaczeniem łacińskiej nazwy „pes equinovarus”. Łaciński przymiotnik equīnus (equīna, equīnum) jest związany z rzeczownikiem equus (equī), który oznacza „koń”, zaś „varus” oznacza szpotawość.
Kość piętowa i kość skokowa w tylnej nodze konia są umiejscowione bardzo wysoko w stosunku do kości śródstopia i przodostopia. Analogiczną budowę wykazuje stopa końsko-szpotawa, w której kość piętowa, przez skrócenie ścięgna Achillesa, przemieszcza się do góry, nadając jej bardzo podobne ustawienie. Kopyto konia jest odpowiednikiem palców u człowieka. Tak, jak koń stoi na kopycie, a pięta jest bardzo wysoko, tak i dziecko z tą wadą stopy stoi podobnie: na palcach, a pięta jest wysoko i nie dotyka podłoża wcale.

Rzetelną wiedzę o stopie końsko-szpotawej i jej leczeniu znajdziesz na stronie
PONSETI.PL


