Przytulas
Wraz ze startem Clubfoot Polska wystartowało mnóstwo pracy na kilku (realnie: kilkunastu) płaszczyznach, toteż blog nieco zamarł. Stanisław w międzyczasie zaczął chodzić i skończyła się wolność…
Nie złapiesz!
Stasiek ruszył z clubfoota w lutym. Dojście do perfekcji w śmiganiu przed matką zajęło mu niecałe dwa tygodnie. Teraz to już nawet biega. I skacze. Jest tak jak miało być. Szkoda że nie od początku…
Skutek: tam gdzie się, człowieku, nie spodziewasz, tam na pewno znajdziesz Staśka.
Ostatnio (10.07.2017) skitrał Wujkowi Krzyśkowi aż tamten musiał za nim gonić po gabinecie w tę i nazad.

Martwiła mnie Staśka pięta. Od pewnego czasu zaczynała być szpotawa. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej ubogiej w wiedzę perspektywy. Stopa nadal elastyczna i zgięcie grzbietowe było ok. Do niczego się „cipepić” (jak to nasz starszy syn mawiał). Stopę obciążał prawidłowo. Nogę też. Nagrałam pierdylion filmów i wysłałam do doktora.
„Myślę, że nie masz powodów do obaw. Sprawdzę to dokładnie w lipcu.”
W międzyczasie dzieci przechorowały ospę. Najpierw Starszy, potem „Klumpfiś”. Obydwaj w kropkach. Cud, że inne clubfooty nie załapały bakcyla na World Clubfoot Day… Po drodze wyszło jeszcze bardzo wiele ciekawych rzeczy, o których będzie niebawem.
Novo-tel
Podróż do Wiednia minęła nam w tempie tak zaskakująco szybkim, że zorientowałam się po słonecznikach pod Poysdorfem, że to… Austria już. Taka sytuacja. Ponieważ wizytę miały jeszcze Jarząbek i LoKa, toteż wcześniej ogarnęłyśmy jeden hotel do spania. Przynajmniej wesoło.
Wiedeń powitał nas słońcem i… gigantyczną burzą po chwili. Ściana deszczu była tak potężna, że nie było możliwości przejścia z jednego hotelu („Mamooo, siiikuuu!”) do naszego, docelowego: Novotel. Pomijam ten drobny fakt, że po ponad 20 minutach szukania do niego dojazdu (no option), Pan Mąż zrezygnował i zaparkował tam, gdzie się dało. I ziuuuuuuuuuuu: deszcz. A po deszczu: tropiki.
Hotel: nówka sztuka nieśmigana. Otwarty 1.07.2017 Pachniał nowością i designem z półki Gustava Klimta. Wieczorem udało nam się spotkać na dole, dzieci rozrabiały na całego. Polinda z Staśkiem kradli zabawki Dominice, Dominika zjadała ciastka Staśka, które Polinda wcześniej lizała. Ach… dzieci.




Towarzystwo o 23:30 zawinęło się do pokojów. Dzieci padły na dole na kanapach. Stanisław wpadł w chrapanie przykryty moim szalem.
Alser
Rano wyruszyliśmy na podbój Alser Strasse. A jakże. My i Ciocia Jarząbek. Stanisław na miejscu próbował wyjść oknem przy rejestracji, szyna mu to skutecznie uniemożliwiła. Tak się wiercił, kręcił, że Doktor Radler aż się zaciekawił. Między pacjentami przyszedł do Stasia, obejrzał z każdej strony jego pięknie dopasowane buty, a raczej stopy pięknie wpasowane w „Mitchellowego Laboutina”. FINE!
Na pierwszy ogień poszła Ciotka Jarząbek z Polindą. Pożyczyłam jej męża, żeby tłumaczył. U Polindy wszystko pięknie, ładnie i wio do przodu.
Nasza kolej…

No tak: na starcie trzeba Wujkowi śmignąć gonimetr z biurka i polizać telefon. Potem pokręcić gałką od szafki i powciskać przyciski sterujące od kozetki. Jak teren zaznaczony, można badać.
Ah… jeszcze ptaka z rękawiczki chcieliśmy zrobić, ale się nie dało. Można było dmuchać i dmuchać, bo rękawiczka była za sztywna…

Pomiary
Wszystko prawidłowo: wszelkie połączenia correct. Dorsiflexion (zgięcie grzbietowe): ok.21-23 stopnie. No a co z tą piętą? No o dziwo prawidłowo: biegając, chodząc, varus (szpotawość pięty) pojawia się sporadycznie, by ustabilizować stopę i złapać balans, bo… mięśnie zewnętrzne są słabsze co widać na przykładzie trzech ostatnich palców (kolejna porcja wiedzy: I like it!). Podczas stania: wszystko jest bardzo poprawnie. Ścięgno Achillesa pracuje. Jakby to powiedział jeden z „krajowych specyalystów”, z którym mieliśmy do czynienia: „szyna-szyna, buty-buty”… Także ten. Boots and brace na 14 godzin (noc, drzemki i gratis jeszcze).
Of course, milion pytań do… Dr. Radlera. I na wszystkie odpowiedź. Lubię się uczyć. Serio.
Wizyty dla kolejnych pacjentów. Done! Widzimy się w grudniu (ooo, będzie Weihnachtsmarkt! No perfekt!). See you tommorow at hospital…, bo we wtorek nasi pacjenci mieli cudaki w Speising: postanowiłam ich odwiedzić.
W końcu udało się zrobić wspólne zdjęcie z Doktorem… bo jakoś nie mieliśmy 🙂 #radlerselfiechallenge
P.S
Najpiękniejszy moment wizyty?
Staś biegając od Taty do Doktora, rzucił się Doktorowi na szyję i z całej siły przytulił 🙂
Ktoś tu się wzruszył…


